Tak mi dopomóż Panie Boże Wszechmogący w Trójcy Jedyny i Wszyscy Święci.
aż do śmierci - trwałość małżeństwa
Czyli wcześniejsze słowa: miłość, wierność, uczciwość są nieodwołalne aż do śmierci małżonka, to oczywiste, i ten wątek najczęściej jest poruszany. Małżeństwa ważnie zawartego nie powinno zakończyć się inaczej.
Nie piszę nie można... bo to się jednak dzieje, że się rozchodzą. Nie widziałem z tego szczęścia, to zawsze jest jakieś: "nam się nie udało". Cały temat rozwodów, separacji, wierności.
Bycie z Kimś, dbanie o miłość, budowanie relacji, spędzanie z nim czasu, wejście i dzielenie jego pasji, sposobu życia, poznanie jego rodziny, przyjaciół ... zawsze oznacza "nie bycie" gdzieś indziej. I to nie o to chodzi, że to "gdzie indziej" jest złe, czy nawet mniej ciekawe.
Jedynym zasobem jakim jesteśmy absolutnie wszyscy sprawiedliwie obdarzeni jest czas. Dzień ma 24 godziny, tydzień 7 dni, rok 52 tygodnie. Jak go wykorzystujemy decyduje o tym jak żyjemy i kim jesteśmy.
Co z moich pasji, relacji, przyzwyczajeń i rytuałów jestem gotowy "uśmiercić" by stworzyć przestrzeń na bycie z ukochaną osobą, na to wspólne "my".
Mój Boże ... ile tu widzimy w praktyce niedojrzałości, od przysłowiowego "meczyku", piwka z kolegami, po nieuporządkowane relacje z rodzicami, pracoholizm, czy inny "holizm", wyjazdy za pracą, robieniem kariery, sporty i hobby które zjadają cały dostępny czas, etc, etc.
Ileż tu jest przestrzeni na budowanie równowagi w relacji, bo to przecież nie może być tak, że jedna strona poświęci wszystko dla drugiej, "wzajemność" jest kluczem. Również dawanie przestrzeni i wolności, bo to też nie jest tak, że wszystko wspólnie i zawsze wspólnie.
To chyba bardziej jaskrawo widać gdy pobierają się ludzie "trochę później", już każde ze swoją historią, rodziną, zwyczajami i rytuałami, czasem dziećmi, domem, psem i motocyklem.
To może znaczyć jeszcze więcej, czy i co jestem gotów zmienić w sobie. Czy jestem gotów stać się trochę innym, w domyśle lepszym człowiek, by nasze "my" było jeszcze piękniejsze. I ponownie, niekoniecznie dlatego, że jakaś moja cecha jest zła sama w sobie. Jakie moje "manie racji" odpuszczę.
Mówi się, że heroizmu od nikogo nie można wymagać, nawet od siebie, nigdy nie wiemy jak zachowamy się w sytuacjach granicznych. A jednak ... aż do śmierci ... jakoś zakłada, że w sytuacji ratowania zdrowia lub życia, obrony, oddania przysłowiowej "nerki" zachowamy się "jak trzeba". Jakoś zakłada, że życie tej jednej ukochanej osoby staje się dla mnie cenniejsze niż moje własne.
A gdy przyjdzie ten czas, że jak to mówią medycy: "choroba powoduje bezpośrednie zagrożenie życia". Czy i jak potrafimy kochać i tą miłość okazać.
Kto przeżył ten wie. Bycie przy, towarzyszenie, trzymanie za rękę, czułość wyrażona być może w zwilżaniu warg. Czy uciekniemy gdzieś, w zaklęcia, że "będzie dobrze", w dawanie złudnej nadziei, kolejny szpital czy specjalista czy czarodziej który uzdrowi, a może po prostu uciekniemy bo nie możemy patrzeć, bo nie udźwigniemy. Trzeba tu przypomnieć księdza Jana Kaczkowskiego, i wszystko co mówił o umieraniu, o tym co ważne, kto umiera pogodnie. Jakie będą nasze słowa gdy trzeba zadzwonić do dzieci by przyjechały, nie jutro, dzisiaj, bo jutro nie wiadomo ... Jakie będzie nasze "dobranoc" gdy ze szpitala idziemy się trochę przespać, i nie jest pewne czy będzie "dzień dobry". Co jeśli ta choroba rozciągne się na miesiące i lata.
Czy to wszystko, co i jak wtedy będziemy robić to będzie: miłość, wierność, uczciwość; też jakaś radość, wdzięczność, uśmiech, ciepło, poczucie bezpieczeństwa, bliskość.
A co jeśli to ja będę odchodził pierwszy ... zostawię po sobie ostatni uśmiech, pogodne oczy i słowa: wiesz, z Tobą było warto, nie żałuję żadnej chwili, dziękuję, przepraszam, dasz sobie radę, żyj dobrze i pięknie, kocham Cię!
Wydaje się, że nie można się do tego przygotować, a jednak, można o tym rozmawiać, można od tematu nie uciekać, poczytać choćby ksiązki Jana Kaczkowskiego. A przede wszystkim, nasza relacja, miłość musi być najwyższej jakości by była gotowa zmierzyć się ze śmiercią.
Może się wtedy okazać, że "od śmierci potężniejsza jest miłość"
A gdy się zdarzy ... co zrobię gdy zostanę sam. Czy parafrazując: "że Cię nie opuszczę aż do śmierci" oznacza "potrafię Cię opuścić po śmierci", podjąć świadomie nowe życie, żyć dobrze i pięknie. Potrafię się oprzeć rozpaczy, zamknąć żałobę. No bo to będzie nowe. I ma być nowe.
To czasem może oznaczać całkowite przeformatowanie: pracy, codzienności, miejsca. To będzie wymagać zdefiniowania od nowa relacji, z dziećmi, z rodziną, szczególnie tą "po zmarłym" współmałżonku. To może wymagać odważnych decyzji materialnych i bytowych, być może nowych umiejętności. Czego chcę? Być sam, pójść do zakonu, nowa relacja i małżeństwo? Zmieniam pracę i środowisko, czy przeciwnie opieram się na relacjach i przyjaciołach których mam. Gotowość na decyzję by rozpocząć nowe, z nadzieją i odwagą. Być może odwagą przyznania: "potrzebuję pomocy".
Tu pojawia się też zadanie do wykonania, czasem wiele lat wcześniej, owo upośledzenie (tak nie waham się użyć tego słowa) bo jakieś czynności wykonuje tylko i zawsze ta druga połowa. Facet który nie umie sobie ugotować obiadu i posprzątać, kobieta która nie wie jak się płaci rachunki lub gdzie zadzwonić jak się zepsuło ... można tę opartą na stereotypach i doświadczeniu listę ciągnąć bez końca.
I nie o to chodzi by wszyscy wszystko, dlatego użyłem słowa "upośledzenie", ono może być niezawinione, bo ktoś nie jest zdolny (np. nie da rady prowadzić auta), ale jakże często to efekt naszego wygodnictwa, egoizmu i lenistwa. To czasem może być lekko śmieszne, a czasem tragiczne ... gdy trzeba się kimś zająć np. małymi dziećmi, albo gdy oznacza depresję i nie dawanie sobie rady z życiem przez lata.
To też temat własności, dochodów, zabezpieczenia finansowego. Dobrze żeby sprawy były uporządkowane i by była jakaś podstawowa równowaga. Jeśli odejdę ... to co zostawiam tej osobie którą kocham, z jakimi problemami bedzie się zmagać przez wcześniejsze zaniedbania czy po prostu odkładanie spraw na jutro.
I to nie jest tak, że pomimo śmierci ma być jakby nic się nie stało. Gdy Ktoś bliski odchodzi, a szczególnie gdy jest to małżonek, to z nim jakoś umiera cały ten wspólny świat, jakoś umiera część nas. Nie będzie tak samo, może być tylko nowe lub nie być. Dobrze jak zostaje pamięć i wdzięczność, za każde dobro które było nam dane.
A przecież życie warte jest przeżycia, i ponoć nikt inny jak chrześcijanie powinni świadczyć, że życie, miłość, nadzieja, radość ... zawsze jest przed nami i zawsze w pełni.
... i ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską
oraz to,
że Cię nie opuszczę aż do śmierci.
Tak mi dopomóż Panie Boże Wszechmogący
w Trójcy Jedyny i Wszyscy Święci.
Chyba, że ma wiarę, i rozumie ją też jako obietnicę, że On potrafi to zrobić w nas i z nami.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz