Delegacja jak delegacja, nic niezwykłego, tym razem wyjątkowo krótka. Siedzę na lotnisku, popijam kawę w business lunch'u w Genewie i .... nie opuszcza mnie radosne uczucie, że wracam do domu, do kogoś kto jest bliski, pamięta, czeka, kocha.
Zupełnie o tym nie myślałem zakręcony pracą i pośpiechem, dopiero siedząc przy kawie zastanowiłem się co jest we mnie, że wręcz fizycznie odczuwam radość.
Obiektywnie patrząc to był krótki okres, kilka miesięcy, gdy wracałem do pustych ścian, nie wiadomo po co i nie wiadomo dla kogo.
A jednak ... Tak bardzo teraz doceniam.
Dziękuję dobremu Bogu że mi, że nam to dał i możemy się cieszyć bliskością, nawet na 2000 km odległości.
Zdaję sobie sprawę, że kiedyś nie rozumiałem tego specyficznego smutku w oczach ludzi którzy tęsknią za bliskością. Czasem bo kogoś stracili, czasem bo nigdy nie udało się spotkać. Strata jakiej doświadczyłem otworzyła mi serce, bo co innego jest wiedzieć, co innego współ-czuć.
Słucham "Rysia", kazanie o miłości.
Jeśli ktoś przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem.
Łk 14, 25-33
Zawsze miałem problem ze stwierdzeniem "moja" w stosunku do najbliższej osoby. Bo przecież nigdy nie chciałem Jej jakoś zawłaszczać. I w końcu ktoś mi ustawił myślenie dlaczego mogę mówić "moja kochana".
Mówimy "Moja" nie dlatego, że staje się jakoś naszą własnością ale dlaczego, że jest moim wyborem, że Ją pokochałem na całość.
Przypomina mi się to o czy pisałem w świadectwie historii mojego i Ani małżeństwa:
Że życie i miłość nam się nie przydarza, tworzymy ja własnymi wyborami, decyzjami, czasem po prostu odnajdywaniem piękna w trudzie codzienności.
Patrzę na zegarek, pora iść, LO0416 Genewa - Warszawa gotowy do boardingu, za kilka godzin i 2000 km będę już blisko.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz