To będzie opowieść o czymś bardzo codziennym, o zwykłej ludzkiej miłości. Tak bym chciał by tego słuchać. Bo jakkolwiek to teraz brzmi, tworzyło się tak po prostu, w zwyczajnej codzienności, nie wszystko w niej było idealne. My w tym wszystkim też dorastaliśmy i mieli swoje słabości. Każde z nas przecież nie bez powodu chodziło regularnie do spowiedzi.
Dziękuję dobremu Bogu, że było mi dane, 30 lat małżeństwa i 7 przed, życia przy boku kogoś niezwykłego, wspólnego tworzenia niezwykłej relacji. Takiej, że nawet niechcący promieniowała ciepłem, czułością, akceptacją, uśmiechem.
Ale też za to, że pozwolił uratować nadzieję i miłość, wiarę w życie dobre i piękne. Czasem dlatego że daje co chcemy, a czasem pomimo, że zabiera. Za budzącą się nieśmiało wiarę, że jeszcze uda się kochać w ten jedyny niepowtarzalny sposób.
Dziękuję tym wszystkim, bliskim i przyjaciołom, którzy byli i są ze mną, również dzisiaj.
Młodość
Oboje urodzeni w 1971 roku.
Ona, wcześniak, początek 7 miesiąca, w książeczce zdrowia wpisane: "poronienie, płód żyje"
On, bez podobnych przygód na starcie.
Byli jeszcze dziećmi gdy wybuchł Stan Wojenny, dla niej aresztowanie ojca, wizyty w więzieniu. Ogromna trauma i stres, jak sama wspominała:
Wtedy też otrzymała od biskupa Tokarczuka różaniec papieski, przysłany przez JPII dla wszystkich internowanych. Ten różaniec pozostał przy niej, w ręku, w torebce, nakastliku przy łóżku, w szpitalu, do ostatniego momentu życia. Jak sama mówiła, w wszelkich trudnościach czy cierpieniu: "To jest moja kotwica i moja siła". Tę historię opowiedziała wiele lat później, można ją odnaleźć w archiwum Radia Fara Archidiecezji Przemyskiej."Wtedy zostało jej odebrane dzieciństwo, z dnia na dzień musiała stać się dorosłą osobą"
Na parafii pojawił się młody diakon, potem wikary, ksiądz Krzysztof Kwieciński.
Duszpasterstwo, rower, teatr, rekolekcje, modlitwa, fotografia, Bóg którego można traktować serio i który może być bliski, przyjaźnie, narty, sylwester.
W szarzyźnie komuny pokazał nam świat który może być ciekawy, który może zależeć od nas.
30 kwietnia 1986 roku z Jarosławia wyjeżdża w góry młodzież pod wodzą księdza Krzysztofa.
Dołączą do grupy z Warszawy, poznają Jagę i Jurka i innych.
Mieliśmy wtedy po 15 lat. Wczesnym rankiem 1 maja, z Grybowa wyruszą w Beskid.
Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że to będzie początek mojej miłości i wielkiej przygody mojego życia.
I ta dziewczyna w zielonej flanelowej koszuli, i te góry, i ta opowieść o życiu i historii którą snuliśmy do późna w nocy przy ognisku, gdzieś nad brzegiem Ropy, pieśń o świętym Mikołaju z cerkiewnych ikon, o ludziach którzy tu żyli.
Siedząc nad Ropą rozmawialiśmy o świecie wokół, o biedzie i szarzyźnie, o przemocy państwa, o ranach po Stanie Wojennym.
Wtedy pierwszy raz padło marzenie by przeżyć życie dobrze i pięknie, wbrew wszystkiemu.
Potem była młodość, duszpasterstwo, pasja do gór, roweru, przyrody, przyjaźń, miłość.
Ślub 17 lipca 1993 roku.
To przy tzw dawaniu na zapowiedzi, kochany ksiądz profesor Augustyn Piela, proboszcz parafii Świętej Teresy w Jarosławiu, pokazał nam wpis w księdze parafialnej:
4 lipca 1971 roku do sakramentu chrztu przystąpiło dwoje dzieci: Anna Wrońska i Paweł Hajnus, wtedy spotkaliśmy sie pierwszy raz.
4 lipca 1971 roku do sakramentu chrztu przystąpiło dwoje dzieci: Anna Wrońska i Paweł Hajnus, wtedy spotkaliśmy sie pierwszy raz.
Byliśmy młodzi, 22 lata, ja studiowałem, w dniu ślubu już dwa kierunki równocześnie, dorabiałem jeszcze wykorzystując posiadaną wiedzę o komputerach i sterownikach.
Ania pracowała w Urzędzie Miasta.
Ania pracowała w Urzędzie Miasta.
Mieliśmy plan na życie: miłość, wiara, rodzina, praca, przyjaźnie, pasje.
Pracowaliśmy by wszystko to stawało się rzeczywistością.
Pierwsze dziecko urodziło się w 1994, ostatniego maja, Justynka.
Zaliczyłem sesję w ekspresowym tempie by być na 100% z żoną i dzieckiem od dnia narodzin przez pierwsze 4 miesiące.
Zaliczyłem sesję w ekspresowym tempie by być na 100% z żoną i dzieckiem od dnia narodzin przez pierwsze 4 miesiące.
Choroba
Delektować się beztrosko urokami macierzyństwa Ania mogła tylko przez cztery i pół miesiąca.
Toczeń rumieniowaty układowy, to rzadko występująca przewlekła, wielonarządowa choroba reumatyczna o podłożu immunologicznym, zagraża życiu. Należy do rzadkich schorzeń, atakuje głównie ludzi młodych. Jej istotą jest przewlekły stan zapalny, który prowadzi do uszkodzenia wielu tkanek i narządów. Układ immunologiczny wytwarza przeciwciała przeciwko zdrowym tkankom organizmu.
Ania była w szpitalu ponad 2 miesiące. Według lekarzy nie miała szans chodzić, niewielkie by przeżyć - wola życia, miłość do męża i dziecka była jednak silniejsza od choroby.
Zamiast wrócić na studia od października do końca roku zostałem z kilkumiesięcznym dzieckiem. Decyzja podjęta z miłości, do dziecka, do żony, nauka podejmowania właściwych decyzji.
Ania była w szpitalu ponad 2 miesiące. Według lekarzy nie miała szans chodzić, niewielkie by przeżyć - wola życia, miłość do męża i dziecka była jednak silniejsza od choroby.
Zamiast wrócić na studia od października do końca roku zostałem z kilkumiesięcznym dzieckiem. Decyzja podjęta z miłości, do dziecka, do żony, nauka podejmowania właściwych decyzji.
Ania wróciła ze szpitala przed Bożym Narodzeniem. Święta przygotowaliśmy wspólnie, wtedy nauczyliśmy się razem gotować i cieszyć każdą chwilą.
Decyzja, że wracam na uczelnię w styczniu nie była łatwa, Ania nie miała dość sił by sama zajmować się dzieckiem, wielu mówiło o pomocy, ale tato Stanisław pojawiał się zawsze gdy był potrzebny.
Dziś gdy widzę wpis w moim CV: mgr inż Elektrotechniki, mgr inż Informatyk, zawsze widzę Anię jak zajmuje się dzieckiem bym mógł się uczyć, tatę Stanisława z jego serdeczną, nie narzucającą się pomocą.
Ale też wiem, że nie zmarnowałem tego czasu.
Miłość to przecież też odpowiedzialność, wykształcenie, praca, zawód.
Kończyłem studia, rozpoczynałem pracę zawodową. Intensywne leczenie Ani zaczynało przynosić rezultaty.
W lutym 1997 roku zmarł tato Stanisław, zbyt wcześnie, tak bardzo był potrzebny.
Kilka tygodni później, wbrew medycynie i zapewnieniom lekarzy, że to niemożliwe podczas terapii której była poddana ... okazało się, że Ania jest w ciąży.
Ta historia jest opisana w dwóch książkach, nie będę więc jej szczegółowo opowiadał.
Dość wspomnieć wypisany wyrok śmierci na dziecko przez profesor medycyny, tu w Warszawie.
Bo aborcja jest konieczna, bo dziecko urodzi się martwe lub z głęboką niepełnosprawnością, a Ania prawdopodobnie umrze w wyniku ciąży i porodu.
A potem była modlitwa, i sakrament chorych udzielony kilkukrotnie przez księdza Mariana Rajchla dla dziecka i matki.
A potem był dramatyczny poród gdy Asia owinęła się pępowiną i zachłysnęła wodami płodowymi, cesarka w biegu by ratować życie.
A potem był dramatyczny poród gdy Asia owinęła się pępowiną i zachłysnęła wodami płodowymi, cesarka w biegu by ratować życie.
Urodziło się zdrowe dziecko. Dziś ma 25 lat. Choroba żony od tego porodu zaczęła się wycofywać by wejść na lata w głęboką remisję.
Dopiero jakiś czas później Ania dowiedziała się od wspaniałego lekarza, rzeszowskiego reumatologa, doktora Mariana Wójcika że, jej przypadek był omawiany na sympozjum reumatologów.
Doprowadził do wydania w skali kraju zalecenia, by kobietom ciężarnym , chorym na toczeń układowy nie zalecać aborcji, poród rozwiązywać wyłącznie przez cesarskie cięcie.
Jak się okazało, ta cesarka uratowała życie nie tylko Ani i Asi.
Dopiero jakiś czas później Ania dowiedziała się od wspaniałego lekarza, rzeszowskiego reumatologa, doktora Mariana Wójcika że, jej przypadek był omawiany na sympozjum reumatologów.
Doprowadził do wydania w skali kraju zalecenia, by kobietom ciężarnym , chorym na toczeń układowy nie zalecać aborcji, poród rozwiązywać wyłącznie przez cesarskie cięcie.
Jak się okazało, ta cesarka uratowała życie nie tylko Ani i Asi.
Dom.
Mieliśmy dość powodów by zająć się sobą i swoimi problemami.
Nie takie było jednak nasze marzenie.
Powstał dom, z ogrodem, z kwiatami i ziołami. Zawsze otwarty. Z dbałością by każdy wspólny posiłek był ucztą, nie przez bogactwo, ale przez staranność, życzliwość, smak.
Centralnym miejscem był stół, siadało sie przy nim do kolacji i nie wolno było odejść, jeśli jakikolwiek spór, trudność, wątpliwość nie znalazł swojego rozwiązania.
To były czasem rozmowy do rana, szczere i konkretne, z miłością.
Z czasem siadali przy nim przyjaciele, przyjaciele naszych dzieci, chrześniacy, Bartek - mąż Justynki, i tylu innych. Do dzisiaj wspominają te rozmowy. Czasem po raz pierwszy w życiu usłyszeli, że robią coś dobrze, że dadzą radę, gdy zaczynali wierzyć w siebie i podejmować pierwsze dorosłe, samodzielne decyzje.
Ania miała ten talent zauważania i słuchania, ja bardziej szukania sposobu, rady, rozwiązania.
To wtedy nauczyliśmy się, że od odpowiedzi ważniejsze są dobre pytania, od mówienia ważniejsza jest życzliwa obecność.
To przy tym stole, przewijały się zdania, które później uznaliśmy za testament Ani, a na pewno są esencją toczących się przy nim rozmów
- Zawsze bądźcie blisko Boga, szukajcie Go, On jest jedynym waszym Przyjacielem który was nigdy nie zawiedzie
- Bądźcie blisko siebie, budujcie relacje, wspierajcie się zawsze, rozwiązujcie natychmiast jakiekolwiek spory, miejcie czas dla bliskich.
- Wierzcie w siebie, miejcie odważne marzenia i odważnie je realizujcie
Ania jeszcze bardziej od słuchania umiała dziękować, za najmniejsze nawet dobro, piękno, za wszystko. Jeśli coś mam ocalić z naszego świata, to na pewno tę umiejętność wdzięczności, towarzyszącą jej uważność, życzliwość.
W tym domu dorastały dzieci, pierwszy zrobiony przez nich samodzielnie obiad w niedzielę, pierwsze przyjaźnie, pierwsze zaangażowania. Wspólne wyjazdy w góry i nad morze i po prostu rowerem w niedzielne popołudnie na morwy koło torów. To jak z czasem stały się przyjaciółmi, wzięły życie w swoje ręce, odpowiedzialność za siebie i świat wokół, wartości które chciały przyjąć za swoje.
Wakacje.
Przez 30 lat małżeństwa nie zdarzyło się byśmy nie pojechali na wakacje. To czasem był Rymanów, a czasem Chorwacja. Nie ważne gdzie.
Ważne, żeby cieszyć się sobą, zatrzymać, odkrywać nowe miejsca, smaki, historię, wnosić ich bogactwo do naszego domu.Najbardziej kochaliśmy Beskid Niski i okolice. Dukla, Bardejów, Uście Gorlickie, Ropa, Gorlice, Jaśliska, Rymanów Zdrój, góra Chełm.
Wspomnienia, te jeszcze z maja 1986 roku, i te z ubiegłych wakacji, i wszystko pośrodku, wakacje w Rymanowie, Zielony Domek, Pustelnia na Puszczy u Jana, pstrąg w Sieniawie, Dzikie Wino w Jaśliskach, wymieniać mógłbym jeszcze długo ...
A i tak najpiękniejsze były te chwile, gdy tak po prostu, dom, wieczór, kolacja na tarasie. Bez okazji, bez powodu. Sztuka bycia razem, ze smakiem, z uważnością, bez pośpiechu. Złapanie chwili, gdy ciepły, niedzielny wieczór października pozwolił cieszyć się sobą i zapachami ogrodu.
Silniejsza niż śmierć
Choroba wróciła nagle w grudniu ubiegłego roku, i tym razem po kilku tygodniach walki okazała się zbyt silna.
1 lutego wieczorem siedziałem przy Ani szpitalnym łóżku, trzymałem za rękę.
To wtedy padły słowa których nie potrafię opisać:
O 4 rano 3 lutego tego roku z rzeszowskiego szpitala zadzwoniła do mnie pani doktor Rybak,
Nawet nie próbowała zachowywać się profesjonalnie, płakaliśmy razem.
Ostatnie 2 godziny spędziła przy Ani łóżku, słuchając jej opowieści o życiu pięknym i dobrym, pełnym miłości, pasji, przyjaciół, nadziei.
Z Ewangelii z dnia 5 lutego 2023, z dnia pogrzebu, słowa na których ks Marek Pieńkowski z Jarosławskiego Opactwa rozwiną kazanie:
Najdziwniejsze jest to, że to wcale nie jest koniec tej historii.
Ania zmarła, nie ma jej przy mnie. Skończyło się jej życie i nasze małżeństwo, ale nie miłość. Jedyne co mogę szczerze powiedzieć na jej grobie, jedyna prawdziwa modlitwa to: "kocham cię"
To wtedy padły słowa których nie potrafię opisać:
Chcę żyć.
To było dobre i piękne życie.
Niczego nie żałuję, żadnej chwili z tobą.
Przepraszam.
Dziękuję.Kocham cię.
Patrząc w jej w oczy, pogodne, uśmiechnięte jak zawsze, spytałem jak to robi, że w tak trudnej chorobie, tak słaba, pozostaje tak pogodna i uśmiechnięta:
"To jest miłość kochany, tego nie pokona nic"
Żadne słowa nie oddadzą tego co się wtedy między nami wydarzyło.
Jeśli można na ziemi doświadczyć ludzkiej miłości, miłości silniejszej niż śmierć, to był ten moment.
O 4 rano 3 lutego tego roku z rzeszowskiego szpitala zadzwoniła do mnie pani doktor Rybak,
Nawet nie próbowała zachowywać się profesjonalnie, płakaliśmy razem.
Ostatnie 2 godziny spędziła przy Ani łóżku, słuchając jej opowieści o życiu pięknym i dobrym, pełnym miłości, pasji, przyjaciół, nadziei.
Z Ewangelii z dnia 5 lutego 2023, z dnia pogrzebu, słowa na których ks Marek Pieńkowski z Jarosławskiego Opactwa rozwiną kazanie:
Wy jesteście solą ziemi ... Wy jesteście światłem świata. ... Tak niech wasze światło jaśnieje przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie.
Dziś próbuję opowiedzieć tą naszą historię.
Że warto kochać.
Że życie i miłość nam się nie przydarza, tworzymy ja własnymi wyborami, decyzjami, czasem po prostu odnajdywaniem piękna w trudzie codzienności.
Że warto kochać aż po śmierć, że ta miłość może granicę śmierci przekroczyć.
Że dobrze się to robi z Nim.
Że nic innego nie ma na koniec życia znaczenia.
Że życie i miłość nam się nie przydarza, tworzymy ja własnymi wyborami, decyzjami, czasem po prostu odnajdywaniem piękna w trudzie codzienności.
Że warto kochać aż po śmierć, że ta miłość może granicę śmierci przekroczyć.
Że dobrze się to robi z Nim.
Że nic innego nie ma na koniec życia znaczenia.
Żyj dobrze i pięknie
Ania zmarła, nie ma jej przy mnie. Skończyło się jej życie i nasze małżeństwo, ale nie miłość. Jedyne co mogę szczerze powiedzieć na jej grobie, jedyna prawdziwa modlitwa to: "kocham cię"
Gdy w marcu ból odebrał mi sen, radość, uśmiech, nadzieję, nie chciałem niczego. Straszne uczucie. Równocześnie miałem świadomość, że ostatnią osobą która chciała bym został w tym miejscu była by Ania.
Rozpoczął się proces odbudowania życia, Pierwsze rozmowy z księdzem Markiem, Agnieszką, z dziećmi, i jeszcze z tylu innymi, o tym co przeżywam, o tym co przeżywamy. Triduum Paschalne i wszystko co się w nim wydarzyło. Ale też wizyta u lekarza, gdy brak snu zaczął odbijać się na zdrowiu, bo przecież mądrość polega też na umiejętności poproszenia o pomoc.
30 maja tego roku wybrałem sie motocyklem z Jarosławia do Sącza, przez Beskid i Pogórze. Już po drodze stało się dla mnie jasne, że to Ania zabrała mnie w ten nasz wspólny świat.
Czułem, że jakoś mam powiedzieć "do widzenia", przyjąć do wiadomości, że chwilę Jej nie będzie. Przypomniała, mi się nasza rozmowa z 1 lutego, jakby jeszcze raz chciała powiedzieć "dziękuję" za wszystko co tutaj i w tylu innych miejscach było nam dane.
Może stąd to ciągle przynaglenie we mnie by się nie zatrzymać.
Jeśli miłość ma być silniejsza niż śmierć, to chyba znaczy też, że mam się nauczyć kochać pomimo tej śmierci.
Kochać !!!
Żadnych ale, żadnych półśrodków.
W szczegółach to już nie zawsze jest ani takie proste ani takie oczywiste.
Mam ambicję, nieważne ile mi zostało, rok, dwa, pięćdziesiąt ... bym na końcu życia mógł powtórzyć słowa:
"To było dobre i piękne życie"
i to nie tylko odnośnie tej części która boleśnie się skończyła,
ale też tej która jest przede mną.
Jeśli tak ma być,
ale też tej która jest przede mną.
Jeśli tak ma być,
jeśli z tego ma być jeszcze życie
to wiadomo, że tylko ON może to zrobić we mnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz