I znowu zostaję sam na placu Bellecour.
Za bazyliką Notre-Dame de Fourvière zachodzi słońce.
Delegacja, więc samotny wieczór nie jest niczym niezwykłym. Dzisiaj i tak był dobry dzień, w pracy dużo spraw idzie do przodu, kolację zjadłem z przyjacielem ... wystarczająco długo razem pracujemy by nie był tylko kolegą z pracy.
Jakże inne są jednak oblicza tej samotności.
Ta jeszcze z ubiegłego roku i lat poprzednich gdy wpadałem tu na szybko, załatwiając sprawny, dzwoniąc wieczorem do żony, zawsze w pośpiechu bo ktoś czekał, zawsze z radością bo ktoś czekał.
Ta z marca gdy zastanawiałem się czy nie zagadać do chłopaków sprzedających dragi pod dworcem centralnym ... by ból jakoś zagłuszyć.
Tej z dzisiaj, gdy choć ciągle boli, to ten ból jednak jakoś pomału przekuwany jest w wdzięczność i pamięć. A obok wyrasta nowa nadzieja, że może jeszcze się uda żyć pięknie i dobrze. Że jeszcze uda się kochać w ten jedyny niepowtarzalny sposób.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz