Czterdzieści dni na pustyni, jak traktuję to wydarzenie, tylko symbolicznie?
A co jeśli miałbym w nie wejść w realny sposób, co by to dla mnie oznaczało, czy jestem na takie doświadczenie gotowy?
Pytania rodzą się jedno za drugim.
"pustynia"
- miejsce pozbawione jakiejkolwiek infrastruktury, z brakiem możliwości zadzwonienia po pomoc, bez telefonu, karty kredytowej, internetu. Czy takie miejsce jeszcze dla mnie istnieje, czy byłbym je w stanie sobie "zorganizować"? Gdzie w zasięgu 50 - 100 km od mojego domu jest miejsce gdzie mógłbym przebywać przez 40 dni bez kontaktu z ludźmi i cywilizacją, pozbawiony wszystkiego oprócz siebie. W odnalezieniu takiego miejsca nie pomoże Google'arka ani GPS. Czy znam świat wokół siebie wystarczająco dobrze, czy tylko potrafię się przemieścić się z miasta A do miasta B drogą numer X.
"40 dni na pustyni"
- 40 dni to nie kilka godzin, takiego czasu nie da się przetrwać z tradycyjnym biwakowym zestawem. Czy ja w ogóle byłbym w stanie przeżyć 40 dni pozbawiony lodówki, sklepu, prysznica z ciepłą wodą. Czy miałbym odwagę wejść w takie doświadczenie bez wpadania w panikę, że zaraz umrę bo skończyła się kawa w termosie i bateria w latarce? Co musiał bym zrobić ze sobą by choć z nikłym prawdopodobieństwem założyć, że taka wyprawa ma prawo zakończyć się sukcesem.
"poszedł"
- oznacza, że zostawił te sprawy którymi żył na co dzień. Co z moją pracą, czy jestem na tyle wolny i zorganizowany by zniknąć ze swoich obowiązków na 40 dni. Jak to się ma do 2 tygodniowego urlopu z laptopem, komórką i dostępem do sieci firmowej? Jak zarządzam swoimi finansami - stać mnie na wyłączenie się z aktywności na 6 tygodni? Co z moją rodziną, czy są na tyle wolni i samodzielni by przetrwać 40 dni mojej całkowitej nieobecności. Czy nasza miłość jest wystarczająco dojrzała by taką nieobecność zrozumieć i zaakceptować.
"poszedł"
- to wyklucza "pojechał", czy "został zawieziony". To ogranicza możliwości zabrania ze sobą rzeczy. To nie wyjazd na wakacje z autem tradycyjnie zapakowanym na pełno. Czy wiem co tak naprawdę jest niezbędne by przeżyć te 40 dni. A jeśli nie to czy zdaję sobie sprawę co mi jest tak naprawdę potrzebne do życia. Co byłbym w stanie nosić ze sobą przez 40 dni, i czy to w ogóle by się do czegoś na pustyni przydało?
"40 dni na pustyni"
- bez zajęć, wypełniaczy czasu, bez rozmów, telewizji, sam ze sobą. Ile godzin czy dni miałbym o czym myśleć. Czy po wyłączeniu ważnych i błahych zajęć, mądrych książek i nic nie znaczących gadżetów zostało by jeszcze coś we mnie pod spodem czym mógłbym wypełnić te 40 dni? Ile dni bym wytrzymał? Po nich był bym świętym czy wariatem?
Już sama próba wyobrażenia sobie co jest konieczne by "pójść na 40 dni na pustynię" jest sporym wyzwaniem. Co dopiero gdyby chcieć je zrealizować i przeżyć. A może zbyt symbolicznie traktujemy Ewangelię, w końcu Jezus to jednak zrobił - a my mamy go ponoć naśladować.
Nie jestem gotów. Chyba warto to sobie uświadomić przed Wielkim Postem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz