środa, 9 października 2013

nim pokażesz mu regulamin . . .

ZZW - dziecięcy system negatywnych przekonań
Opowieść o losie adoptowanego dziecka, cierpiącego na ZZW.
Poniższy tekst jest tłumaczeniem relacji Nancy Geoghegan „Negative Belief System

Zamieszczam go na swoim blogu i dedykuję tym wszystkim nauczycielom którzy zbyt łatwo gotowi są oceniać w imię porządku w klasie, szkole i efektów edukacyjnych,
Zawsze sadziłem, że celem systemu edukacji jest wychowanie i rozwój ucznia a nie porządek w szkole . . .



Po zrozumieniu przyczyn smutnego dzieciństwa mojego adoptowanego syna, kolejnym krokiem do zaoferowania mu pomocy było wytłumaczenie jego zachowań i poznanie sposobu, w jaki patrzył on na siebie i na świat dookoła niego. Musiałam dowiedzieć się, w co wierzył, dlaczego uważał swoje zachowanie za niezbędne.

Dzieci z RAD spostrzegają świat inaczej niż my. Już w ciągu pierwszych miesięcy lub lat swego życia dowiadują się, że nie mogą polegać na dorosłych. Że nie zapewnią im oni bezpieczeństwa. W zamian przekonują się, że dorosłym na dzieciach nie zależy, że są wobec nich nieczuli, złośliwi, niechętni, agresywni, mało wiarygodni lub po prostu – nieobecni. Dlatego ważne, by rodzice zastępczy zrozumieli, że bez znaczenia, jak cudowny jest ich dom, do którego zaraz zawita dziecko, bez znaczenia, jakimi wspaniałymi są ludźmi i jak bardzo czekają na nowego członka rodziny – dziecko z RAD będzie postrzegać was tak, jak wszystkich innych napotkanych w swoim życiu dorosłych.

Tak jak było w przypadku mojego syna – dzieci z trudnych rodzin uczą się, że same muszą o siebie zadbać. Nie mogą w tej kwestii liczyć na innych. Uważają zatem, że będą bezpieczne wtedy, jeśli nie dopuszczą do siebie żadnych opiekunów – i nie ma dla nich znaczenia, czy muszą w tym celu posunąć się do agresji lub obojętności. Najważniejsze, by zdystansować się emocjonalnie i fizycznie od dorosłego.

Uważam, że często te skrzywdzone dzieci uważają, że wykonując czyjeś polecenia – umrą. Nie wierzą, że czyjeś rady lub polecenia mogą zapewnić im bezpieczeństwo. Takie przekonanie pojawiło się w ich głowach wtedy, gdy przekonały się, że muszą polegać na sobie tylko. Wzięcie ich do nowej rodziny i do kochających ludzi wcale nie zmieni ich podejścia

Mimo że mój syn nigdy nie poznał swojej biologicznej matki, uznał, że to z jego winy pozostawiła go ona w szpitalu. Musiał być po prostu złym dzieckiem. Za dużo płakał, domagał się za wiele, był zbyt brzydki. Albo ona po prostu na niego spojrzała i od razu wiedziała, jak złym jest dzieckiem. Sam doszedł do wniosku, że był niedobry, głupi, niewarty miłości oraz uczucia – że zostawiła go z jego winy. Takie wytłumaczenie jest o wiele prostsze do zrozumienia niż uwierzenie w to, że nie chciała go jego własna matka. Czy można sobie wyobrazić ból tego odrzucenia? Nic dziwnego, że jest łatwiej uwierzyć w to, że samemu się jest przyczyną własnego nieszczęścia. Ani pozytywne, specjalistyczne zwroty wyniesione z kursów przygotowawczych, ani opowiadane przez nas historie nie mogły zmienić wyobrażenia mojego syna o jego matce biologicznej. Dopiero, gdy poruszyliśmy tę kwestię podczas terapii prowadzonej przez specjalistę, mój syn był w stanie przyswoić sobie system pozytywnych wierzeń odnośnie swojej matki biologicznej, samego siebie i swojej nowej rodziny.

Negatywny system został mu zaszczepiony jeszcze zanim zjawił się w moim domu. Przekonania o relacjach między dorosłymi a nim nie zniknęły tylko dlatego, że rozpoczął nowe życie w cudownym domu. Jeśli potraficie zrozumieć, dlaczego wasze dziecko nie chce korzystać z waszych rad (nie ufa, że są one bezpieczne), dlaczego chce ono was zezłościć i obrazić (nie chce, byście je pokochali, chce zachować bezpieczny dystans emocjonalny), dlaczego psuje ważne dla waszej rodziny chwile i wydarzenia (bo czuje się ich niegodne), dlaczego jest tak negatywnie nastawione wobec siebie i innych (ponieważ stopień jego samooceny jest tak niski, że niemal zahacza o nienawiść do własnej osoby) – jesteście w lepszej sytuacji, niż wasze dziecko.

Po zrozumieniu sposobu rozumowania mojego dziecka, byłam lepiej przygotowana do pomagania mu. Przestałam także odbierać jego zachowanie w sposób osobisty, uświadomiłam sobie, że zachowywałby się tak samo w każdych okolicznościach. Odrzuciłby każdego innego opiekuna – to nie była moja wina, to była jego choroba.

Byłam zdolna do postrzegania mego syna jako głęboko zranionego dziecka, któremu odmówiono tego, co w życiu podstawowe – matczynej miłości i ochrony. Moja uwaga zwróciła się od zranionych uczuć i pogrzebanych marzeń ku chęci pomocy synowi w powrocie do początku. Po to, by mógł jeszcze raz nauczyć się tworzenia bezpiecznych więzi, co pomogłoby wyleczyć jego złamane serce. Mówiąc krótko, pogodziłam się ze swymi rozczarowaniami i zajęłam się leczeniem syna.



Widzę w sposób jasny - kontynuuje Franciszek - że rzeczą, której Kościół dzisiaj potrzebuje najbardziej, jest zdolność do leczenia ran i rozgrzewania serc wiernych. Kościół potrzebuje bliskości. Wyobrażam sobie Kościół jako szpital polowy po bitwie. Nie ma sensu pytać ciężko rannego, czy ma wysoki poziom cukru i cholesterolu! Trzeba leczyć jego rany. Potem możemy mówić o całej reszcie. Leczyć rany, leczyć rany… i trzeba to rozpocząć od podstaw.
(Wywiad z papieżem Franciszkiem)

Brak komentarzy: