poniedziałek, 28 lutego 2011

"Spiełdałaj" znaczy "kocham cię"?

"Spiełdałaj" znaczy "kocham cię"?
Piotr Czerwiński

Nowoczesny człowiek to taka bestia, że różne rzeczy wymyśli, by mu się nie nudziło. Jedni latają na paralotni, inni grają w karty, jeszcze inni piją wódkę, a potem latają na paralotni i tak dalej. Jeszcze inni siedzą w internecie i oglądają gołe baby albo gołych chłopów. Wiele z tych czynności prowadzi do izolacji od świata, przez co ludzie piją coraz więcej wódki, a następnie coraz więcej siedzą w internecie. Nazywa się to globalną wioską, z naciskiem na wioskę. Niektórzy podają się za kogoś innego i rozmawiają przez internet z takimi samymi osobnikami, którzy również nie podają się za samych siebie. Nazywamy to samotnością w sieci i pan Wiśniewski napisał o tym książkę, w której ekranizacji zagrał pan Chyra.

Oczywiście jest jeden sposób na nudę, znany od tysiącleci, który polega na tym, żeby porozmawiać z żywym człowiekiem, ale nie wiedzieć czemu, z żywymi ludźmi nie chce się dzisiaj gadać nikomu. Żywi ludzie są passé. Jeśli nie pingają w telefonie ani nie wyskakują w komputerze, najwyraźniej nie robią już na nikim żadnego wrażenia. Ostatnim miejscem na ziemi, w którym ta prawidłowość nie obowiązuje, jest Irlandia, Republic of, gdzie ludzie wciąż praktykują jaskiniowe zwyczaje wymiany informacji przy użyciu gęby.

Doskonałym natchnieniem do takich rozmów mogą być obcokrajowcy, zwłaszcza z tak zwanych krajów nowej unii, ponieważ można im wtedy zadawać różne inteligentne pytania o ich rodzinne strony, zahaczając o wątki tak nieśmiertelne jak występowanie elektryczności lub obecność białych niedźwiedzi na ulicach. Można też zademonstrować talent lingwistyczny. Wielu Irlandczyków na ten przykład, na wieść o tym, że ich rozmówca jest Francuzem, obowiązkowo wykrzykuje "bondziuł", ponieważ nie potrafią wymówić "ż" ani "r".

Na podobnej zasadzie pewien emeryt na drugim piętrze piętrowego autobusu z wielkim uśmiechem wykrzyknął do mnie kiedyś "spiełdałaj!", na wieść o tym, że pochodzę z Bulandy. Otóż jak wyszło z dalszej rozmowy, sąsiad owego emeryta, który nie był Paddym ani weterynarzem, tylko operatorem koparki spod Augustowa, wyjaśnił mu, że to po polsku znaczy "kocham cię". Od tej pory dziadek cierpiał na spięcia komunikacyjne z przybyszami znad Wisły i miał same problemy z chłopakami polskich dziewczyn, które chciał pozdrowić w tak lubieżny sposób.

Wynikają z tego jak dotąd same korzyści, zarówno dla mnie, jak i Irlandczyków. Nawet jeśli gadamy same bzdury, mamy z tego niezły ubaw: ćwiczymy sztukę konwersacji, uczymy się zabijać nudę, próbujemy zobaczyć ludzi w ludziach.

Myślę, że Irlandia mogłaby z tego powodu trafić do księgi rekordów Guinnessa. Społeczeństwo tego kraju podobno należy do najbardziej zinternetyzowanych na świecie, a jednak utrzymuje zapewne ostatni social network, który działa bez użycia prądu, informatyków, loginów i awatarów. Wystarczy uśmiechnąć się do człowieka, który idzie z przeciwka po ulicy.

Brak komentarzy: