Każdego wieczoru idą przez ciemny, oświetlony punktowo kościół, by przed obrazem Najświętszej Maryi Panny na 40 męskich głosów odśpiewać „Bogurodzicę”. Opat, przeor, a za nimi dwa rzędy braci. Kolejność w szeregu wyznacza data wstąpienia do zakonu. Nie to, czy jest się profesorem, czy absolwentem trzech klas.
„W kapłaństwie potrzebni są ludzie, którzy potrafią nawiązać kontakt ze współczesnością”. Więc zrobił dyplom. – Fizyka uczy respektu dla rzeczywistości. To dobra podstawa, żeby się spotkać z Panem Bogiem – tłumaczy.
Ci, którzy byli tu przed nimi, godzinami modlitw odcisnęli swój ślad. W stallach kościoła XVII-wieczny malarz przedstawił sceny z życia świętego Benedykta. A na podłodze, z upływem wieków, mnisi wydeptali swoją historię. Tam, gdzie stały ich buty, białe wgłębienia w drewnie układają się w szpaler. Nowi stają w miejscach poprzedników, stopa na „stopie”. I powoli, dzień po dniu, modlitwa po modlitwie, przesuwają się do przodu – w kierunku wieczności.
Człowiek z początku XXI w. chce wiedzieć, jak to jest, gdy dobrowolnie odrzuca się coś, co kojarzy się esencją życia: wygodę, luksus, przyjemność, pieniądze, zawodowy sukces, prestiż, erotykę, dzieci. – Wydaje się, że to stawianie spraw na głowie, by zamykać się w murach i milczeć. A radia słuchać tylko wtedy, gdy się ma pozwolenie. Uzależniać się od kogoś i chodzić w habicie. A jednak, choć żyjemy inaczej, ufamy, że prawdziwiej. I że światu jest to potrzebne – tłumaczy ojciec Bernard.
Ojciec Adam Kozłowski, nieżyjący już opat, asystent w pracowni Gierowskiego na Akademii Sztuk Pięknych, zadawał pytanie: co można zrobić dla człowieka, któremu się dobrze życzy? I odpowiadał: dać mu przestrzeń i pozwolić tworzyć. I my tę przestrzeń dajemy. By człowiek w niej pobył. Co z nią zrobi, jest jego sprawą.
Wczoraj jest bardziej odczuwalne, bo benedyktyni są przypisani do klasztoru, do którego wstąpili. W nim spędzają życie. Jak twierdzą, przenoszenie z miejsca w miejsce ułatwia wymigiwanie się. Bo zawsze są inni ludzie, inne obowiązki. A gdy są zamknięci w Tyńcu, nie pytają już o to, gdzie mają być, tylko jak. – Bo to jest moje środowisko i chodzi i to, bym się tu dobrze czuł i by inni ze mną czuli się dobrze do śmierci – mówi ojciec Knabit. Wielu ma cele z „widokiem na przyszłość” – mały parafialny cmentarzyk, na którym zakonnicy leżą w kwaterach obok siebie.
– Gdyby tym, którzy byli tu w 1939 r., kazać stanąć wobec dzisiejszej rzeczywistości, to chyba by nie wytrzymali – ocenia ojciec Leon Knabit. Ale przychodzą nowi ludzie na nowe czasy. Prawie wszyscy uzbrojeni w telefony komórkowe i komputery, korzystający z Internetu.Bo choć wczoraj boi się jutra, wiele się musi zmienić, by wszystko zostało po staremu.
– Wspólna modlitwa, czas spędzany na próbach chóru – trzy godziny dziennie dwa razy w tygodniu – tworzy poczucie wspólnoty. Tego, że dla siebie są najbliższą rodziną. Bardzo lubię być mnichem – twierdzi ojciec Leon. Gdy był młodszy, wiele czasu spędzał poza klasztorem, więc wzrastała skłonność do gadatliwości. Ale, jak podkreśla, mnich im starszy, tym lepszy. – Zacząłem doceniać wartość milczenia. Cieszę się, że można żyć obok siebie, milcząc. Tylko trzeba milczeć na ten sam temat. No i mieć o czym milczeć
Źródło
http://www.rp.pl/artykul/125948.html
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz